Tu się już będzie mało działo, coraz mniej. Za duże ograniczenia - za dużo znajomych, za dużo myślenia kto co wie i ile zrozumie oraz czy się nie obrazi. No i za duża presja żeby nie pisać pierdoł. Akurat ta presja to pewnie nieaktualna pozostałość po dawnych czasach świetności blożka, niemniej poczucie pozostało. W każdym razie, uciekłam gdzieś, gdzie już sama nazwa zwalnia mnie od przejmowania się tym wszystkim. I radośniej tam jest. Au revoir!
Ostatnimi czasy spędzam dużo wiecej czasu w kuchni. Nie zaczęłam gotować, ale częściej biorę się za pieczenie i różne szybkie smakołyki.
Przy tej okazji dzisiejsze śniadanie sponsorował koktajl bananowy. Chciało mi się czegoś dobrego, ale po reakcji mojej skóry na ostatni szał owsianych ciasteczek w czekoladzie i lodów czekoladowych, uznałam, że daruję sobie klasyczne słodycze. Na szczęście przypomniałam sobie o istnieniu blendera, w który zaopatrzył nas Brat na gwiazdkę, i dalej już poszło szybko. Trzy banany obrane ze skórek wstawiłam na pół godziny do zamrażalnika, a po tym czasie pokroiłam w kawałki i wrzuciłam do dzbanka blendera. Do tego dolałam ok. 400 ml mleka, łyżeczkę rozpuszczalnej kawy, cztery łyżeczki kakao (takiego słodkiego, instant) i dwie łyżki lodów o smaku toffi. Wyszedł mi gęsty, kremowy koktajl - słodki, ale wciąż bardzo bananowy :)
Ze skrzywieniem ust przyglądam się ostatnio modnym "obrazkom" rodem z kwejków i demotywatorów, które traktują o tym jak dziewczyna powinna wyglądać, co nosić itd. Mam na myśli te wszelkie akcje pt. "Dziewczyno! Pierdol trampki, załóż szpilki", analogiczne dotyczące minispódniczek, dekoltów itp., a ostatnio szeroko rozpropagowany "Dzień bez stanika".
Czy tylko mnie się to wydaje szalenie seksistowskie?
Rozumiem, że wszystko to wynika z niepohamowanej męskiej chuci, ale nie rozumiem popularności wśród kobiet. Przecież szpilki są niewygodne jako buty na co dzień, minispódniczki nie każdej z nas przystoją, nie każdej pasują, a piersi bez stanika niezbyt komfortowo podskakują podczas ruchu, zwisają i tracą swój piękny kształt. I po co to? Żeby faceci mogli się jeszcze bardziej ślinić, jeszcze bardziej nas uprzedmiotawiać?
Przerażające jest to dążenie kobiet do tego, by dorównać aktorkom porno w umiejętności wywoływania wzwodów, przy jednoczesnej pogardzie dla takich wzorców. Wystrojoną dwuznacznie dziewczynę z mocnym makijażem, zarówno mężczyźni jak i kobiety, nazywają "tapeciarą", nierzadko "dziwką". Te zwyczajne dziewczyny, nie przekraczające dobrego smaku przez eksponowanie swojego ciała, są najwyraźniej zbyt szare i proste (wnioskując po wspominanych akcjach). Złotego środka nie ma.
Za to jest niesmak, przynajmniej u mnie.
Nie lubię, gdy ktoś mówi, że wszystko jest dla ludzi, wystarczy tylko znać granice, mieć umiar. Bo ta granica nie jest wcale wyraźna, u każdego może być w innym miejscu, a i umiar każdy postrzega inaczej. Dlatego, choć zupełnie nie w głowie mi smycz i zabranianie mu czegokolwiek, cieszę się kiedy pyta mnie o to, czy np. zgadzam się, żeby na wspólny nasz wyjazd zabrał coś do palenia, albo gdy solidarnie idziemy na imprezę bezalkoholowo, bo poczułam, że ostatnio przeginam. Nie zmieniam się nagle w purytańską świętoszkę - to nie ja, ale na różne rzeczy się już napatrzyłam, na to jak substancje różnego rodzaju zawładnęły ludźmi z mojego najbliższego otoczenia, a ci nawet nie zdawali (lub wciąż nie zdają...) sobie z tego sprawy. Chcę trzymać rękę na pulsie, a skoro ma być nas dwoje, to chcę byśmy i tu działali wspólnie. Na szczęście nie muszę mu tego nawet tłumaczyć, wiem, że myślimy tak samo.
Jak szybko jest za szybko? Jak działa się powoli, stopniowo, by uniknąć rozczarowań? Wiem, że czas nigdy nie był moim sprzymierzeńcem, bo traktowałam go jakby miał zaraz zniknąć, a razem z nim wszystko co przyniósł. Tym bardziej teraz się boję. Gdzieś z tyłu głowy majaczą mi stare schematy, których już nie chcę powielać. Ale nie wiem jak działać inaczej. Zapomniałam? A może nigdy nie umiałam? Ile jest prawdy w chemii, a ile w przyciąganiu dusz?
W poszukiwaniu rozwiązania tajemnicy pewnej wizytówki, przejrzałam sporą ilość notek z końca 2007 i początku 2008 roku. Lubię swój sposób pisania z tamtych czasów, pełen gierek słownych, rozbudowanych barwnych opisów, udziwnionych metafor i skrzącego się humoru. I chyba bardziej lubię też siebie z tamtego okresu. Mimo, że 2007 był dla mnie wyjątkowo ciężkim rokiem, byłam mniej zgorzkniała, miałam w sobie o wiele mniej cynizmu niż teraz, wiecej wiary w ludzi i jakieś niespożyte - wydawało by się - pokłady czułości i miłości, którymi dzieliłam się z ludźmi. Chyba byłam bardziej naiwna. Teraz już tak nie potrafię. Wciąż cieszę się z "małych szczęść", ale zauważam je rzadziej, cieszą mnie mniej żywiołowo. Zesztywniałam, zdziadziałam, dałam się podejść życiu i wkręcić w te jego tory, które sprawiają, że nic już nie dziwi, a w radościach zawsze czai się nuta goryczy.
Okropnie dużo rzeczy chodzi mi po głowie. Zwykle nie mam nic do poniedziałków - ot, dzień jak co dzień. Ale ten od rana był zły. Wszystko się wali i sypie. Sama nie wiem za co brać się najpierw i czy nie olać całości dokonując otwarcia sezonu plenerowego z butelką wina na Wyspie. Ale takie rozwiązanie też mnie nie satysfakcjonuje. Studia w pizdu (boże, jak ja ich nienawidzę i nie chcę!); w domu znowu sajgon, już od tygodnia, z wielką kumulacją dziś; emocjonalnie gdzieś w okolicach Bridget Jones, ale żeby zrozumieć trzeba było być przy sobotnich drinkach z Kaś.
Te drinki to w ogóle osobna historia. Udało nam się wreszcie spotkać, zajęło nam to klasycznie kilka miesięcy telefonów to w te, to we wte. Ale między nami chyba nigdy nic się nie zmieni - wciąż jest tą babką, która mnie rozumie niemal bez słów i której mogę powiedzieć absolutnie wszystko. Od godziny 19 do prawie 4 rano, najpierw przy drinkach w Altanie, potem na parkiecie Bohemy - ani chwili ciszy i niesamowita radość, że wreszcie możemy spędzić razem trochę czasu i wygadać się jedna drugiej ze wszystkiego. Brakuje mi ostatnimi czasy takich ludzi.
Przy całym swoim zamiłowaniu do nocnych lotów w starym stylu (czyli Anders, Sobótka i inne takie w towarzystwie fajek), zadowolona jestem z odstawienia pewnych znajomości na tor dalszy niż bliższy. A to na przykład dlatego, że się dziś dowiedziałam, że podobnież żałosnym jest fakt porzucenia przez młodszego osobnika. Żarty żarcikami, też mnie ta sytuacja z perspektywy bawi, ale żeby tak usilnie powtarzać jakie to żałosne, to jakoś nie bardzo. Całości kolorytu dodaje fakt, iż piewca wymienionej teorii, osobnika nigdy na oczy nie widział, a i opowieściami nie był specjalnie raczony z racji wspomnianego odsunięcia. Ot, dziś z kronikarskiego obowiązku podałam suchą informację, bo też i pytał. O co chodzi nie wiem, bardzo mnie też nie nosi, więc jedyny sensowny komentarz brzmiący "Ale co ty, stara dupa, bez nawet jednego sensownego związku na koncie, wiesz o tym właściwie?", zmilczałam. Docinki, żarciki, lekkie szpile - toć i moja estetyka, nawet bardzo, tylko temu osobnikowi się wobec mnie ostatnimi czasy częściej włącza tryb chamski i niskopółkowy. Tak jakoś odkąd się rozstałam z P., z którym to się za moją sprawą zakumplował onegdaj. ...(Trzy kropki, bo z jakiegos powodu, gdy piszę z telefonu, nie wstawiają się entery.) A! I jeszcze mi się przypomniało, że piewca swego czasu mienił się przyjacielem moim i wsparciem, co jakoś dziwnie koliduje ze smaczkami powyższego typu. No, ale bywa. Takie życie, co pan zrobisz, nic pan nie zrobisz.
Dokonałam ja wczoraj rzeczy dla mnie niezwykle rzadkiej i nietypowej, mianowicie poturlałam się wczesnym wieczorem na babskie ploty z koleżanką z czasów szkolnych. Spotkanie wybitnie po latach, z wątkiem sentymentalnym i całą tą otoczką. Ale bardzo-bardzo.
Po wstępnych uściskach i powitaniach (trochę się musiałam naschylać, bo wyższa zawsze byłam, a jeszcze tego dnia zachciało mi się w obcasy ubrać), powędrowałyśmy do upatrzonej przez koleżankę M. knajpy. Paląc przed wejściem ustaliłam, że wybór padł na tę akurat, ze względu na smakowite i niewygórowane cenowo dzbany kolorowych drinków i na takiż dzban idziemy. Niestety, wnętrze okazało się doszczętnie zapchane gawiedzią (jak wspominałam, wieczór był wczesny, okolice 19, więc czas starterów w pełni), w skutek czego pchnięta impulsem i kuszącą bliskością (ot, uliczkę dalej) poprowadziłam M. do mojej ulubionej Altany, gdzie również serwują wspominane dzbany. Zasiadłszy przy ostatnim wolnym stoliku, mieliłyśmy pofarbowanymi na niebiesko jęzorami do późnych godzin wieczornych i jakoś nie mogłyśmy wytracić tej energii, więc po skończeniu litrowego niebieskiego dzbanka (wódka, curacao, lemoniada, cytryna?), machnęłyśmy jeszcze po piwku ze spritem i czas już naglił co poniektórych.
Fajne to było spotkanie, bezstresowe takie i w ogóle, radosne w swej prostocie.
Tylko fajki nas zabiły - solidarnie jarałyśmy chyba jedną od drugiej, co skończyło się smutnym końcem mojej nowiutkiej paczki Cześków i takimż slimów, którymi raczyła się M.
Śniło mi się, że byłam z Bratem i kuzynem w domu, oni szykowali rowery na jakąś wycieczkę, a ja zbierałam się do wyjścia na uczelnię. W pewnym momencie wyszliśmy na chwilę na dwór, a kiedy wracaliśmy Brat szedł ostatni. Nie wiem co się stało, że gdy się obejrzałam, leżał na ziemi, a z głowy płynęła mu krew... Było jakieś pogotowie, jakiś lekarz, który ze mną rozmawiał - przez mgłę pamiętam te momenty, jedynie konkluzja zapadła mi w pamięć. Brat umarł.
Nie wiem dlaczego postanowiłam poczekać na "odpowiedni moment", by powiedzieć to rodzicom. Gdy wrócili z pracy udawałam, że nie wiem gdzie jest Brat, starałam się trzymać ich z daleka od ludzi, którzy mogli przypadkiem lub celowo ich uświadomić. Czekałam, aż skończą zajmować się swoimi sprawami i siądą oboje spokojnie w pokoju. Kiedy mama wieszała pranie w łazience, ojciec poprosił mnie żebym zadzwoniła do Brata spytać co się z nim dzieje i kiedy będzie, więc wyszłam by pójść do jego pokoju i wyłączyć leżące tam oba jego telefony. Gdy wróciłam ojciec właśnie pytał przechodzącej pod naszym oknem dziewczyny, która mieszka nad nami, czy nie widziała Brata - przyszłam w ostatniej chwili by ponad jego ramieniem dać znak koleżance by odparła, że nie wie, co też zrobiła. W tym momencie usłyszałam z łazienki głosy i poszłam sprawdzić z kim rozmawia mama. Tuż za drzwiami stał, ogolony niemal zupełnie na łyso, uśmiechnięty - Brat... Nie mogłam uwierzyć, zarzuciłam mu ręce na szyję i zaczęłam płakać, a on objął mnie i szeptał do ucha "Już dobrze, nic mi nie jest, wszystko będzie w porządku" niosąc mnie na rękach do dużego pokoju.
Nie dowiedziałam się co właściwie się stało, ani jak to potoczyło się dalej, bo się obudziłam. Obudziłam się ze łzami w oczach i w przeciągu pół sekundy zaniosłam się niekontrolowanym szlochem. To było jakieś pół godziny temu, a ja wciąż mam mokre oczy. Uczucie ulgi jakiego doświadczyłam przez ten sen jest nie do opisania...
O mnie Blip.pl staram się nie uzależnić Last.fm muzyka bliższa lub dalsza iMagazine jedyny w Polsce magazyn użytkowników Apple
Upodobania Raczkowskiego rysunki satyryczne Klient nie zawsze ma rację! [ang.] KawaiiNot webcomic for cute gone bad! InnaStrona społeczność queer Garfield jeśli tłumaczenie jest podpisane "milk" to moje ;) Rilla.chce.to czyli co mi kupić ;) Makowe forum czyli dawny mac.plug Kopaliński dla mających problemy z trudnymi wyrazami Zemfira objawienie miałam, i nic to, że nie znam rosyjskiego ;) MiniMax Kaczkowski wieczorami, mrrrr... Kabaret Potem "To moja ziemia i nie będzie mi w niej grzebał żaden obyczaj!" Słowniki żebyście się nauczyli pisać... IFP chciałam to mam Kobiety Kobietom BiblioNETka Książki moje Snoopy'ego uwielbiamy razem z Fusianką
Ludzie Biseksualny Blog - chwilowo w zastoju Notki Mamroczącej matki dwóch chłopaków Hana tylko czemu od 18? :D Playmate fotoblog, ostatnie zachwyty Ostry Dyżur na którym dzieje się wszystko I like design czyli zaspokajanie estetyczne Cyniczna Filozofka choć na co dzień wcale na taką nie wygląda Niezbyt boska a kiedyś Skośna Firma Kaiem ieen po przenosinach Dialogi małżeństwa od 5 lat Bazgrołka a także Mała i Duży :)) Zapiski imponującej tesciowej :) Rozmawiają a ja niejednokrotnie pękam ze śmiechu. M4g33k, znaczy się Michał, geek mój najbliższy W każdym kątku po dzieciątku ;) GaduGadu zakończono, ale polecam archiwum :) Skarmelizowany cukier czyli rozmowy niekoniecznie o fistaszkach Endo i Belle ostatnio zachwyciłam się muralami Wkurwiają ale przecież są kochane! :]